Informujemy, iż nasz serwis wykorzystuje technologię plików cookies. Korzystanie z witryny oznacza zgodę na ich zapis lub wykorzystanie.

Zadania domowe – kontrowersyjna tradycja

Najpierw uczniowie i rodzice przesiadują wieczorami, by odrobić wszystkie zadania domowe, a później nauczyciele po nocach sprawdzają prace albo tropią ściągnięte z internetu „gotowce”. Wszyscy gonią czas i się denerwują, a najważniejszy tu uczeń, zamiast m.in. utrwalać i pogłębiać wiedzę – uczy się kombinowania.

Jak wynika z analizy przygotowanej w 2015 r. przez Instytut Badań Edukacyjnych (IBE), aż 55 proc. polskich nauczycieli uważa, że zadania domowe to „zdecydowanie konieczny składnik” procesu edukacyjnego, zaś 42 proc. postrzega je jako „raczej konieczny składnik”. Zadają je oni uczniom po to, by utrwalili wiadomości zdobyte podczas lekcji, przygotowali się do sprawdzianów, wykształcili w sobie nawyk samodzielnej, systematycznej pracy, a także zyskali większą motywację do nauki i rozwinęli zainteresowanie przedmiotem. Badania wskazują również, że 43 proc. nauczycieli zadaje prace domowe, aby zrealizować założony materiał, gdy nie ma czasu na dokładne omówienie tematu. Winę za to ponosi przeładowany program, ale konsekwencje takiego stanu rzeczy najdotkliwiej odczuwają uczniowie – przede wszystkim ci słabsi, którzy wolniej przyswajają wiedzę i potrzebują szczegółowego wyjaśnienia niezrozumiałych kwestii. Tymczasem wielu nauczycieli wychodzi z założenia, że rozwiązanie jednego przykładu na tablicy wystarczy, a z pozostałymi piętnastoma dzieci bez problemu poradzą sobie w domu. Niestety nie wszystkie. W takiej sytuacji ciężar przekazywania wiedzy spada na rodziców, którzy nie muszą być przecież ekspertami w każdej dziedzinie, zwłaszcza że w swoich szkolnych czasach sami nierzadko spisywali zadania domowe od kolegów…

W polskiej szkole pod względem podejścia do zadawania prac domowych przez lata niewiele się zmieniło. – Z problemem prac domowych, zwłaszcza z matmy i fizyki, jako dziecko sobie nie radziłem i pozostało mi to do dziś – wspomina Jacek Galus, trener biznesu, miłośnik alternatywnej edukacji i wolnej szkoły. – Po dwóch miesiącach I klasy gimnazjum moja córka się stresuje tymi pracami, a ja w czwartek idę na zebranie do szkoły, szukać rozwiązania. Gdybym miał opłacić korepetycje (czego nie zrobię, bo to nie jest nauczanie domowe), to z pewnością zaniósłbym rachunek odpowiedzialnej za ten stan rzeczy nauczycielce. Wyznaję zasadę, że jedynka oznacza porażkę nauczyciela, a nie ucznia, ponieważ wykształcony nauczyciel powinien umieć przekazać uczniowi wiedzę przynajmniej na dwójkę. Nauka winna odbywać się w szkole, a nie z korepetytorem w domu.

Tylko 2 proc. pedagogów wyobraża sobie nauczanie bez zadawania uczniom dodatkowych prac. W efekcie przeciętny polski 15-latek poświęca średnio nawet siedem godzin w tygodniu na odrabianie lekcji ze wszystkich przedmiotów – o dwie godziny dłużej niż jego rówieśnicy w innych krajach. Tymczasem, jak wyjaśnia dr Paweł Grygiel, jeden z autorów analizy przygotowanej przez IBE, mimo niewątpliwych zalet prac domowych, zbyt częste zadawanie ich nie wpływa pozytywnie na osiągnięcia uczniów w zakresie świadomości językowej, czytania i nabywania umiejętności matematycznych. Wręcz przeciwnie – w tym przypadku „więcej” wcale nie znaczy „lepiej”.

Opracowały: Małgorzata Kowalska i Agata Blachowska 

Więcej na temat zadań domowych i ich przyszłości przeczytają Państwo w styczniowym wydaniu miesięcznika „Sygnał. Magazyn Wychowawcy”. Zapraszamy również do dyskusji na Facebooku.

 

 

NEWSLETTER